na dnie

widziałem ludzi staczających się na dno
co przerażeni swoim strachem
niczym widma przeszłości
beznamiętnie wiją się po ulicach
ich zniewolone umysły
w hipnotycznym uścisku
zaciskają na szyi ostatnią pętlę
uciekając od życia!
rozwiązują swoje problemy

Czytaj dalej

są dni

są dni w których sił już brak
do walki z losem który wojnę
tylko tobie wypowiedział
są noce gdy czarne dręczą sny
a myśli o śmierci takie bliskie!
tkają pragnienia jedną wielką myśl

lustro odbija tylko twoją słabą stronę
odkrywając samych niepowodzeń smak
połamane drogowskazy zdają się
wskazywać tylko jedną drogę!
tę o której boisz się nawet myśleć
ulice bez nazw w labirynt zapomnienia
rzuciły twoje imię

Czytaj dalej

manifest

wbrew współczesnym chorym trendom
leniwej ludzkiej naturze wbrew
na przekór opętanym manią obrazka
pozbawionym wrażliwości analfabetom
niedostrzegającym piękna słów
mamy nucić swój hymn zaklęty w poezji
w zakrętach czcionki na papier rzuconych

pieśń nudną nieśmiertelną
trudną

zbyt trudną?

łatwiej nacieszyć puste oczy
korowodem barw
obrazkiem lub zdjęciem przez teraźniejszość nazwanym
niż swego umysłu skamieniałość naruszać
lepiej interpretacji na tacy poszukać podanej

jasna ukochana

zamykam w dłoni Twoją białą dłoń
w aksamicie zatopioną
balsamami od dzieciństwa pieszczoną
przecież jesteś moją wybranką
tylko mi przeznaczoną cudowną bogdanką
mógłbym przysiądź że przed chwilą
patrzyłaś na mnie jakby dając znaki
natłok myśli mrożących
uderzył nagle w opętany umysł
serce zabiło mocniej szybciej
nie! to tylko złudzenie
twoje oczy błękitem rażące
niczym dwa jeziora ogromem onieśmielające
choć piękne nie świecą dawnym blaskiem
teraz przenikliwym spojrzeniem
zazdrością penetrują wnętrzności

zapach otchłani okrywa dookoła
nieruchomo zawieszone powietrze
być może chce zagłuszyć
zapach markowych perfum?
psujących czar chwili niezwykłej
metafizycznej!
choć za oknem lato
chłód snujący się pod nogami
dreszczami przeszywa ciało

ty ciągle powtarzałaś że mnie nie opuścisz
a teraz milczysz
nie chcesz się tłumaczyć!
więc pozwól raz jeszcze
nacieszyć się sobą
potem w spokoju pozwolę tobie
wolno odejść!
aż kiedyś łzy rzęsiste
zagaszą cały żal

to nigdy nie zapomnę
twych włosów jasnego bukietu
kształtu rozlanych piersi
mieniących się w świetle kominka
długich po brzask rozmów
o smaku wytrawnego wina

proszę pozwól mi się pożegnać!
raz jeszcze dotknąć Twojej dłoni
pocałować spragnione blade usta
wiem teraz tak łatwo Ciebie skaleczyć
twoje delikatne ciało rwie się niczym papier
obiecuję będę ostrożny!
nie spotka Cię już więcej bólu
na pewno nie z mojej strony
na wieki!

otoczony miłością

otoczony miłością
odziany i syty
pełen wrażliwości
wiary w człowieczeństwo
czystych zamiarów i intencji

nadziany do szpiku
młodzieńczą naiwnością!

mimo to
coś każe mi nienawidzić!
nienawidzić świat!
choć na pozór piękny
nienawidzić ludzi!
choć na pozór życzliwi

prawdziwy świat
porośnięty krzywdą
bezwzględnymi natury prawami!
nie ma w nim miejsca
na bezbronnych czy słabszych
starych czy bezradnych
głodnych i zmęczonych…
zmęczonych życiem
w imię Boga toczonymi wojnami!
gwałconych medialną chciwością
każdym dniem krwią przepełnionym!

prawdziwi ludzie
opętani obłudą
ich chłodne spojrzenia
od zazdrości parzą
pogrążeni własnymi porażkami
nie widzą swoich błędów
wolą innym nieszczęścia wciąż wróżyć!

teraz wiem!
to oni kazali mi nienawidzić!
sprawili że przelała się czara
moich słów w umyśle więzionych!
sprawili że gdzieś w głębi
coraz częściej krzyczę…
głosem przepełnionym goryczą
rozpaczą drżącym
zalanym strumieniem łez
niezrozumienia!

to wszystko
mimo że otoczony miłością!3

wiersz do m

mamo do Ciebie teraz
kieruję swe słowa
piszę w samotności
choć wokół głośny gwar
dziecięce zabawy dobiegają z bliska
próbując drażnić wesołą beztroską
tyś mamo miłością zaraziła serce moje
nauczyłaś jak innych nie tylko Ciebie miłować
słowo „kocham” dzięki Tobie
właściwy otrzymało dźwięk
właściwą moc i miejsce w hierarchii
lecz wszystko to na marne
niepotrzebnie traciłaś swój czas
w mym dojrzałym życiu
miłość to tylko ból i zwątpienie
nieograniczona pustka
bezsilna niemoc co rani nawet duszę
teraz nauczony doświadczeniem
swych wcześniejszych lat
modlę się do Boga
by nikt więcej nie przekroczył
progów mojego serca
samotność od teraz moim przyjacielem
twórczo wypełnia w mej głowie lukę
a miłość to dla mnie
już chora ułomność
na którą zapaść każdy człowiek może

odszedłeś tak szybko

odszedłeś tak szybko
chciałbym wierzyć
że po prostu się ukryłeś
bo nawet bez pożegnania!
ty przecież nie wiedziałeś
do końca wierzyłeś
że świat z otwartymi ramionami
wyczekuje nadal na Ciebie

odszedłeś tak szybko
nie zdążyłeś nawet
posmakować życia
a już za niebieskie bramy
przez pomyłkę zostałeś wezwany

odszedłeś tak szybko.
teraz spoglądasz na nas z góry
być może szczęśliwszy
bez trosk
od zmartwień wolny
pełen nadziei
spoglądam w niebo
i w twoją stronę.

odszedłeś tak szybko
lecz wśród nas ciągle żyjesz
tylko jakby ciszej
nic do nas już nie mówisz
jedynie w pamięci
potok Twoich słów
potok Twoich gestów
za gardło mocno ściska
a w sercach na zawsze
zasili całą rzekę

odszedłeś tak szybko
i jakby niepotrzebnie
a może to wszystko
ma jakiś głębszy sens
ufam że kiedyś poznamy odpowiedź
może Ty sam nam o tym powiesz

ukarz mnie

ukarz mnie Panie
ukarz mnie mocniej!
ja przecież nie wiem
co „ból” oznacza
ty nagradzasz tylko tych
którzy Cię wielbią
nie tych którzy zwątpili

więc ukarz mnie Panie
zadaj mi ból
ukarz bo w Ciebie zwątpiłem
czy Ty byś nie zwątpił?
codziennie dajesz mi
ku temu powody
codziennie wokół
jakaś nowa krzywda
wykrzywia w rozpaczy
inną ludzką twarz
i nie mów że użalam się nad sobą!
wystarczy jak widzę
dzieci odziane w białe szaty
co w dzikich mękach
zamykają swe oczy na zawsze
nie mów też że doświadczasz
sprawdzasz ludzką wiarę
podobno wszak jesteś
wszechwiedzący!

ukarz mnie Panie
ukarz mnie jeszcze!
niechaj sprawiedliwość dosięgnie
niewiernego i zdrajcę!
ośmieliłem się znowu
Ciebie krytykować
twórcę doskonałego
jak wszystko na tym świecie

ukarz mnie Panie
ukarz mnie mocniej!
musisz przecież pokazać
kto prawa tu stanowi!

przyszłaś do mnie rano

przyszłaś do mnie rano
pocałunkiem nagle
ze snu obudziłaś
a jakby do życia na nowo
me serce wróciłaś
zawstydzone słońce
co przed chwilą
zza mglistego wyszło horyzontu
płonęło czerwonym blaskiem
trawa w kroplach rosy
mieniła się barwami
zieloną nadzieją pachniała

ty byłaś jakaś inna
a wciąż taka sama
wyglądałaś jak anioł
a wciąż taka prawdziwa
na twarzy miałaś smutek
a jednak uśmiechnięta
ubraniem przyodziana
a jakby całkiem naga
nic do mnie nie mówiłaś
a wszystko rozumiałem

może to pięknym
było tylko marzeniem
sam już dobrze nie wiem
wydarzyć się musiało
na jawie czy też we śnie
to wcale nie jest istotne
ważne że w mym sercu
ślad trwały wyryło
w pamięci utkwiło
na zawsze!

siła poezji

człowiekiem jestem
z kości i krwi
zwyczajnym szarym pełnym słabości
żyję z dnia na dzień jak każdy inny
troskom na przekór stawiając czoła
niczym szczególnym się nie wyróżniam
nićmi przeznaczenia tkać życie muszę
ulotny na wietrze jak mały płomyk
wiatrom i burzom umykam ciągle

lecz kiedy wena strumieniem spływa
i głowę wypełni twórczym nektarem
wszechmocnym Bogiem
staję się co wskrzeszać umarłych potrafi
żywych do grobu mogę wpędzać
na całe miasta kataklizm sprowadzać
a kiedy zechcę moc szczęścia zsyłam
według uznania zasług i cnót

światy na nowo obdarzam ładem
z praw fizycznych mogę drwić
to cała siła słowa i pióra
mej wyobraźni poezji mej

czas wyzwolenia

odrzuć wszelkie skrupuły
losowi wreszcie powiedz „nie”
on pluje ciągle
w twoją twarz
niewinność twoją
za nic ma

więc siłę w sobie
wielką znajdź
pomyśl że wszystko
ma lepszą stronę
strach to tylko
rozumu ułomność
a niemoc twoja
chwilowa słabość

więc kiedy w końcu
to zrozumiesz
miecz Damoklesa
znad głowy usuniesz
on cię zaślepia
blaskiem ostrza
sprawia że życie
w ciemnych barwach widzisz

ziemski raj

nie dla nas słońce pięknych poranków
nie dla nas kolor błękitnego nieba
wszystko wokoło ma gorszy smak
piekielnym znakiem od początku naznaczone
obciążeni grzechem przodków
z przypisanym losem do życie wchodzimy
płaczem witamy zepsuty świat
jakby świadomi, co tutaj czeka nas
walczymy ciągle o lepszy byt
z nadzieją szczęścia wyczekując
lecz zimny prysznic na ziemie sprowadzi
to Bóg Swym palcem dotyka nas
sprawdza jak bardzo Jemu ufamy
jak bardzo w Niego tylko wierzymy
i na próżno prośby
na nic modlitwy nasze
niczym marionetki niewidzialną ręką sterowani
spisani na ból już dawno jesteśmy
a każdy inaczej swój krzyż dźwiga
pytania tylko niezmienne pozostają
co dalej gdy tchu już zabraknie?
czy głębszy sens to wszystko ma?
odpowiedzi tylko Wszechmocny zna
on jeden wie jak jeszcze można
nas zaskoczyć

świat betonu

zamknięci w betonowym
świecie szarych ścian
w pajęczynie ulic
jak owady uwięzieni
gonimy ciągle
za pieniądzem
a drugi człowiek
obcy się staje

to wszystko
po to by jak najwięcej mieć
po to by siebie
jak najlepiej sprzedać
zagłuszeni medialnym
szumem informacji
tracimy obraz samych siebie
zaczynamy żyć niczym maszyny
rytuał pracy codziennie wykonując
oziębli i oschli
stajemy się
w pogoni za światem
tracimy radości
i wielkie szczęścia
gdzieś obok przechodzą
srzed oczu prawda
umyka nam
szklanego ekranu
przykryta iluzją

nikt

przybywam znikąd
bo nikim jestem
w mym sercu pustka
uczucia wygasłe
dryfuję po morzu
niczym żeglarz bez steru
gdzie pogna nurt
tam płynę z obawą
dookoła morze
wyje rozszalałe
wołając z głębin
rozwścieczonym głosem
ciągle czyha
na małe potkniecie
najmniejszy błąd
co życiem przypłacę
a ja tylko pragnę
znać cel swojej wyprawy
wiedzieć czy warto
tak dalej brodzić
odnaleźć wreszcie
szczęścia namiastkę
by wiedzieć kim jestem
i skąd tu przybywam

w kręgu kłamstw

ludzie zamknięci w kręgu kłamstw
obłuda i zawiść w oczach płonie
krzywdą bliźniego chcą zdobyć świat
drwiną nakarmić zbłąkany umysł
potok ich słów brudna kałuża
nektar dla uszu pustka bez znaczeń
myślami knują swój niecny plan
tuszując własnych działań nieczystą moc
dlaczego mówią „Kocham Cię sercem”
jak ciałem dzika kieruje żądza
bojąc się prawdy tworzą złudzenia
korzyści garnąc dla samych siebie
nawet gdy śmierci wybije godzina
kłamią że wierzą! by duszę ratować
lecz rozliczenia nadejdzie czas
wtedy już błagać będą prawdziwie!

mrok

nie lękaj się mroku
mrok twym przeznaczeniem
kiedy będziesz gotów
ogarnie ciebie swoja głębią
otuli kołdrą zapomnienia
wieczności zimny sen
zmartwienia gdzieś odejdą
utoną w błogiej mgle
cisza muzyką będzie
wolnością od zgiełku zdarzeń

porwani namiętnością

ciała splątane jak gąszcz
toniemy w rzece namiętności
jej rwący strumień porywa w dal
mknie przed siebie wartkim nurtem
świat w oddali oblicze chowa
wiruje w koło na dalszym planie
to się nie liczy bo teraz my
pragniemy stać się jednością

serca już biją tym samym taktem
usta stopiły jedną czerwienią
wspólne oddechy parzą pragnieniem
mglistym spojrzeniem spalamy się
krzyżowym ogniem zbłąkanych oczu
co płonąć każą miłością
w drżącej pogoni za dziką rozkoszą
tańczymy bezwstydną nagością

apokalipsa

niebo spowiły gradowe chmury
ich czarny kolor oziębia
wnętrza ludzkich serc
słońce świecące ostatkiem sił
ognistym blaskiem wypala oczy
cienie na ścianach
nagle znikają
to cała ziemia
w jednym mroku ginie

teraz już wiesz
zbliża się koniec
anioł ciemności zbiera żniwo
chcesz stąd uciekać!
schować się gdzieś
lecz nadaremno on znajdzie cię
Twym przerażeniem nakarmi zmysły
mieczem zbezcześci ciało twe
jak milion innych legniesz na ziemi
a twój krzyk zrani Boga przekleństwem

ostatni obraz – gnijące zwłoki
robactwo wijące się po ciałach
obraz zagłady płonącej ziemi
rzeź niewiniątek? a może nie?

nocą

nocą
gdy mrok nakryje
nas swym płaszczem
miasto utonie w sennej mgle
jak w krzywym zwierciadle
widzimy szary świat
nic przewidzieć się nie da
prawa fizyczne
farsa i śmiech
iluzja nowy scenariusz tworzy
lecz w końcu znowu nastanie dzień
blaskiem otworzy spuchnięte oczy
wtedy odejdzie nierealny ład
kontrole przejmie ponury świat

wojownik

ciągle przemierzasz mgliste szlaki
nie widząc celu swojej wędrówki
dookoła szary tłum
obojętnie Cię mija
i niczym głodne bydło
do przodu wciąż gna
chciałbyś wreszcie zatrzymać
tej pogoni bezwładny pęd
naiwny niczym dziecko
co w ogień skakać chce

gdy czas wyżłobi
na twej twarzy rysy
a wiatr po oczach
mocniej sypnie piachem
o misji zapomnisz
w szarym tonąc tłumie

list do niej

jesteś dla mnie płomieniem
który nigdy nie gaśnie
słońcem
które nigdy nie zachodzi
zawsze olśniewasz swoim blaskiem
i wnet do życia
budzisz mnie
twój uśmiech
niczym złoty promień
moje serce radością wypełnia
twe dłonie
co żarem swoim parzą
rozpalą w zimowe nawet dni

do ucha ciągle
szepczesz mi
że nie opuścisz
do końca swoich chwil
a kiedy dogonić
pragnę, próbuję
pękasz jak bańka
znikasz nagle

ja zlany potem
coś krzyczę, wołam
choć wcale nie chcę
oczy otwieram09

memento Mori

memento mori
pamiętaj o śmierci
nie myśl że jej unikniesz
wszędzie cię dogoni

oblicza ma różne
a myśli nieznane
czasem bezbolesna
we śnie napotkana
lecz czasem jak orzeł –
– powoli ciało twe trawi
jak niegdyś bohatera
co ogień nam zostawił

i nie ważne kim jesteś
ile w sakwie nosisz
jakie masz sumienie
i czy prawdę głosisz
twój los przesądzony
a odwrotu nie ma

kiedy czas nadejdzie
i ostrze zabłyśnie
nie błagaj o litość
nadzieja szybko pryśnie

zniewolenie

znów nieruchomo siedzę w cieniu drzew
dookoła radośnie rozkwita przyroda
przed oczyma dom mój
jak zamknięta twierdza
nie daje zapomnieć
o mym zniewoleniu

w głowie czarne myśli
kłębią się jak dym
radości już nie ma
oczy pełne łez
widzę jak życie
mija obok mnie

i znów to pytanie
nie daje spokoju
czemu los okrutnie
ciągle ze mnie drwi
przecież tylu kłamców
po tym świecie stąpa

i w chwili rozpaczy
czekam na noc
która zimną dłonią
zamknie me powieki
w wiecznym śnie utuli
złe myśli rozwieje

Nieznany list

Tadeusz Różewicz

Ale Jezus schylił się
i pisał palcem na ziemi
potem znowu schylił się
i pisał na piasku

Matko są tak ciemni
i prości że muszę pokazywać
cuda robię takie śmieszne
i niepotrzebne rzeczy
ale ty rozumiesz
i wybaczysz synowi
zamieniam wodę w wino
wskrzeszam umarłych
chodzę po morzu

oni są jak dzieci
trzeba im ciągle
pokazywać coś nowego
wyobraź sobie

Kiedy zbliżyli się do niego
zasłonił i wymazał
litery
na wieki

Pech

Charles Baudelaire

By Syzyfowy dźwigać głaz,
Trzeba nie lada dzielności.
Chociaż nam nie brak pilności,
Sztuka jest długa, krótki czas.

Grobowców słynnych mija rząd
Serce me, będen stłumiony,
W cichej cmentarnej ustroni
Żałobny marsz wybija wciąż.

Niejeden cenny klejnot śpi
W ziemi, gdzie go nie dojrzy nikt,
W mroku i zapomnieniu.

Niejeden nader wonny kwiat,
Zamiast swą wonią poić świat,
Więdnie w osamotnieniu.

(tłum. Maria Leśniewska)

Banita

Jan Brzechwa

Banita twego serca i ciała, i życia, 
Trędowaty, przed którym zamyka się drzwi, 
Szukam w zamglonym lustrze własnego odbicia, 
Rysów twarzy, rumieńców, uśmiechów i krwi. 

Co za bladość! Ach, nie patrz! Wszystko się zapadło, 
Zostało kilka wąskich i bolesnych bruzd, 
Przebóg! Zlituj się! Zabierz straszne to zwierciadło, 
Szaleństwo patrzy z oczu i z grymasu ust. 

Przypominam: umarłem. To było niedawno. 
Kochanymi rękami kopałaś mi grób; 
I miałem śmierć jak nędznik, smutną i niesławną, 
Jestem cieniem. I leżę jak cień u twych stóp. 

Nikomu niepotrzebny w popiołach zagrzebię 
Moje wiersze. I koniec. Urwała się nić. 
Módl się za mną. To wszystko… Umarłem przez ciebie, 
Chociaż właśnie dla ciebie tak pragnąłem żyć.

Dezyderata

Max Ehrmann

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.
O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie, bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha.
Porównując się z innymi, możesz stać się próżny i zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.
Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości.
Wykonuj swą pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa. Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty – wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.
Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia. Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.
Przyjmij spokojnie, co ci doradzają lata, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.
Rozwijaj siłę ducha, aby mogła osłonić cię w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny, bądź dla siebie łagodny.

Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj. I czy to jest dla ciebie jasne, czy nie, wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze.
Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje, czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia. W zgiełku i pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swoją duszą. Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.

(tłum. Andrzej Jakubowicz)

Czerwona zaraza

Józef Szczepański

Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.

Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.

Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.

Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia

Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli 
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.

Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i scierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.

Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych – mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz – masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić…
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska – zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły.