widziałem ją na końcu alei
tam gdzie poranek kolorem wina
zmysłowo żegnał noc
tańczyła z wiatrem
skąpana srebrną rosą
odziana w mglistą suknię
zapomnieniem barwnie ozdobiona
jej usta karmiły spontaniczną radością
jak żebraka co łapczywie pochłania
strawy każdy kęs

na przekór grawitacji logice wbrew
która twardą ręką ciągnęła na ziemię
coś kazało mi wierzyć
odwlekać chwilę ezoterycznej ułudy

biegłem co sił potykając się o kamienie
rzucane pod nogi gęste kłody
nie dawałem za wygraną
mimo szyderczych uśmiechów jak zahipnotyzowany
podnosiłem się ciągle na nowo

nigdy już nie przestanę biec
póki tylko serce w żyły tłoczy krew
a każdy skurcz do życia przywraca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *